O tym niezwykłym miejscu powiedzieli nam znajomi parę lat temu, ale
przyszły covidy i inne problemy i jakoś tak zleciało. Ale w końcu udało się
zebrać i wybrać 100 km w stronę Czech by przeżyć przygodę. Oczywiście
przy okazji zwiedziliśmy inne miejsca, ale o tym w innym wpisie. W sobotę rano
zebraliśmy się i wyruszyliśmy w drogę. Tłumów nie było, a pogoda dopisywała i
koło 10:00 dotarliśmy do celu.
Już od wejścia miejsce robi bardzo przyjemne wrażenie. W zagrodzie tuż przy
kasach można było podziwiać piękne wodne ptaki. Ale nie mieliśmy na to czasu,
ponieważ czekały na nas lemury, a nie chcieliśmy
by nadciągające tłumy zajęły najlepsze miejsca. Po drodze minęliśmy piękne
ptaki i szalone małpy z mocnym postanowieniem, że jeszcze tam wrócimy. Zatrzymaliśmy
się dosłownie na chwil kilka by zobaczyć czy świstaki nie zawijają w te
sreberka, ale że akcja polegała na spaniu,
pognaliśmy dalej. Wyposażeni w mapę i kierując się znakami w kilka chwil
dotarliśmy do wybiegu. Tu po uiszczeniu odpowiedniej opłaty i zakupieniu
pokarmu w postaci kubeczków z owocami po 5 zł sztuka (dodam,
że warto mieć ze sobą gotówkę, bo brak zasięgu
może pokrzyżować plany) przejściu przez 2 bramki
zaczyna się przygoda.
Nie wiadomo skąd, ale za to wiadomo dlaczego, na człowieka wskakuje lemur i od razu częstuje się
niesionym jedzonkiem. I jeśli na początku trochę
się niepokoiłam, to kiedy tylko nakarmiłam
pierwszego lemura tak wszystko przeszło. Te mięciutkie i lekkie istoty są
niesamowite i naprawdę każdemu polecam takie spotkanie. Na wybiegu znajdowały
się nie tylko lemury Katta, ale i lemury Czarne.
Choć nie wszystkie były wypuszczone. Odizolowano parę lemurów Czarnych i wszystkie matki z dziećmi, co nie
przeszkadzało w podziwianiu i dokarmieniu tych wspaniałych stworzeń. Trzy kubki
zjedzone i postanowiliśmy wyruszyć w dalszą drogę, bo ku
naszemu zaskoczeniu zoo okazało się naprawdę duże i przepięknie położone, więc czekało nas wiele oglądania.
Zaraz przy
lemurach pasło się stado antylop, niestety wybrały najdalszą część wybiegu więc
udaliśmy się dalej. W nowo wybudowanych wolierach dowiedzieliśmy się, że na świecie żyje więcej
niż dwa gatunki bażantów.
Zaraz koło nich znajdował się wybieg z prawdziwymi
świętymi krowami. Tak, że nie trzeba jechać do Indii by podziwiać te piękne
zwierzęta. Aż kusiło, żeby podejść i pogłaskać
emu, które na wybiegu obok podeszły blisko ogrodzenia, ale to jedna z tych rzeczy, których lepiej nie robić.
Na chwilę zatrzymaliśmy się przy makakach japońskich, ale że trudno było powiedzieć kto kogo obserwuje, udaliśmy się do świata kóz i owiec. I tam było istne szaleństwo. Na przestronnych
wybiegach stada owiec i kóz różnych gatunków dały
koncert aż miło. Tu niedługo powstanie bardzo przyjemne miejsce, gdzie
prawdopodobnie będzie można zakupić karmę dla zwierząt i usiąść by podziwiać
widoki.
Ścieżka dalej prowadziła pod górę, na której szczycie mieliśmy okazje
zobaczyć odpoczywające rysie i klika
przepięknych jeleniowatych, na szczęście nie na tym samym wybiegu.
Dalej przy ścieżce, znajdowały się kolejne ptaki, wśród nich sowy. Ścieżka prowadziła w dół wzniesienia,
wprost na otwartą przestrzeń, gdzie podziwialiśmy jelenie Milu, muflony i masę innych jeleniowatych. Przy
wybiegu z kucami przywitał nas głośnymi okrzykami osiołek, co obudziło śpiąca
lamę. Tam dałam się przekonać by zerwać odrobinę
trawy tuż przy ogrodzeniu i podać kucykowi, który bardzo się jej domagał. Przeszliśmy
koło kolejnych jeleni, gdzie w stadzie wyróżniał
się jeden mały czarny jelonek. Z oddali podziwialiśmy czarne jaki, sympatyczne
antylopy i kolejną lamę.
Szczęście, że wyjątkowo nie sprawdziliśmy jakie zwierzęta zamieszkują to zoo, bo dużą i bardzo miłą niespodzianką, było trafienie na wybieg wilków. Ze specjalnego
pomostu można było podziwiać te majestatyczne stworzenia. To jedyne w Polsce
Wilki Polarne więc poświeciliśmy sporo czasu na
ich obserwację. I to się opłaciło, bo po dłuższej chwili z nory wyszły młode i
to był niezapomniany widok.
Następnie odwiedziliśmy fenka, a jak się okazało w domu (na zięciu) to dwa, bo jeden spał smacznie pod lampą.
Wróciliśmy do pawi, kangurów i żurawi, gdzie przez dłuższą
chwilę poczekaliśmy na to, aż któryś paw wstanie i rozłoży ogon, ale się nie doczekaliśmy. Więc poszliśmy
pooglądać małpy szalejące po wybiegu i było to całkiem zabawne. Na końcu
odwiedziliśmy mniejsze małpy, kaczki, gęsi i papugi, tak że kto co lubi.
Wynik testu:
Pół dnia dobrej zabawy a można by tu spędzić i cały dzień. Według ulotki
można tu zrobić sobie piknik, urządzić ognisko, a
w zimie pozjeżdżać na sankach. To miejsce jest magiczne i cały czas się
rozwija. Tu nie dość, że warto przyjechać to i
warto za parę lat wrócić, by zobaczyć co nowego i ciekawego się pojawi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz