13 lipca 2022

ZOO Łączna – czyli oko w oko z lemurami

Warunki wstępne:

Dzień do dyspozycji, samochód, zapasy i gotówka.

 Wynik oczekiwany:

Spotkanie z lemurami.

Wynik rzeczywisty:

    O tym niezwykłym miejscu powiedzieli nam znajomi parę lat temu, ale przyszły covidy i inne problemy i jakoś tak zleciało. Ale w końcu udało się zebrać i wybrać 100 km w stronę Czech by przeżyć przygodę. Oczywiście przy okazji zwiedziliśmy inne miejsca, ale o tym w innym wpisie. W sobotę rano zebraliśmy się i wyruszyliśmy w drogę. Tłumów nie było, a pogoda dopisywała i koło 10:00 dotarliśmy do celu.

    Już od wejścia miejsce robi bardzo przyjemne wrażenie. W zagrodzie tuż przy kasach można było podziwiać piękne wodne ptaki. Ale nie mieliśmy na to czasu, ponieważ czekały na nas lemury, a nie chcieliśmy by nadciągające tłumy zajęły najlepsze miejsca. Po drodze minęliśmy piękne ptaki i szalone małpy z mocnym postanowieniem, że jeszcze tam wrócimy. Zatrzymaliśmy się dosłownie na chwil kilka by zobaczyć czy świstaki nie zawijają w te sreberka, ale że akcja polegała na spaniu, pognaliśmy dalej. Wyposażeni w mapę i kierując się znakami w kilka chwil dotarliśmy do wybiegu. Tu po uiszczeniu odpowiedniej opłaty i zakupieniu pokarmu w postaci kubeczków z owocami po 5 zł sztuka (dodam, że warto mieć ze sobą gotówkę, bo brak zasięgu może pokrzyżować plany) przejściu przez 2 bramki zaczyna się przygoda. 

  
 Nie wiadomo skąd, ale za to wiadomo dlaczego, na człowieka wskakuje lemur i od razu częstuje się niesionym jedzonkiem. I jeśli na początku trochę się niepokoiłam, to kiedy tylko nakarmiłam pierwszego lemura tak wszystko przeszło. Te mięciutkie i lekkie istoty są niesamowite i naprawdę każdemu polecam takie spotkanie. Na wybiegu znajdowały się nie tylko lemury Katta, ale i lemury Czarne.

    Choć nie wszystkie były wypuszczone. Odizolowano parę lemurów Czarnych i wszystkie matki z dziećmi, co nie przeszkadzało w podziwianiu i dokarmieniu tych wspaniałych stworzeń. Trzy kubki zjedzone i postanowiliśmy wyruszyć w dalszą drogę, bo ku naszemu zaskoczeniu zoo okazało się naprawdę duże i przepięknie położone, więc czekało nas wiele oglądania. 

    


Zaraz przy lemurach pasło się stado antylop, niestety wybrały najdalszą część wybiegu więc udaliśmy się dalej. W nowo wybudowanych wolierach dowiedzieliśmy się, że na świecie żyje więcej niż dwa gatunki bażantów. 


Zaraz koło nich znajdował się wybieg z prawdziwymi świętymi krowami. Tak, że nie trzeba jechać do Indii by podziwiać te piękne zwierzęta. Aż kusiło, żeby podejść i pogłaskać emu, które na wybiegu obok podeszły blisko ogrodzenia, ale to jedna z tych rzeczy, których lepiej nie robić. 


    Na chwilę zatrzymaliśmy się przy makakach japońskich, ale że trudno było powiedzieć kto kogo obserwuje, udaliśmy się do świata kóz i owiec.  I tam było istne szaleństwo. Na przestronnych wybiegach stada owiec i kóz różnych gatunków dały koncert aż miło. Tu niedługo powstanie bardzo przyjemne miejsce, gdzie prawdopodobnie będzie można zakupić karmę dla zwierząt i usiąść by podziwiać widoki.



    Ścieżka dalej prowadziła pod górę, na której szczycie mieliśmy okazje zobaczyć odpoczywające rysie i klika przepięknych jeleniowatych, na szczęście nie na tym samym wybiegu.


    Dalej przy ścieżce, znajdowały się kolejne ptaki, wśród nich sowy. Ścieżka prowadziła w dół wzniesienia, wprost na otwartą przestrzeń, gdzie podziwialiśmy jelenie Milu, muflony i masę innych jeleniowatych. Przy wybiegu z kucami przywitał nas głośnymi okrzykami osiołek, co obudziło śpiąca lamę. Tam dałam się przekonać by zerwać odrobinę trawy tuż przy ogrodzeniu i podać kucykowi, który bardzo się jej domagał. Przeszliśmy koło kolejnych jeleni, gdzie w stadzie wyróżniał się jeden mały czarny jelonek. Z oddali podziwialiśmy czarne jaki, sympatyczne antylopy i kolejną lamę.

    Szczęście, że wyjątkowo nie sprawdziliśmy jakie zwierzęta zamieszkują to zoo, bo dużą i bardzo miłą niespodzianką, było trafienie na wybieg wilków. Ze specjalnego pomostu można było podziwiać te majestatyczne stworzenia. To jedyne w Polsce Wilki Polarne więc poświeciliśmy sporo czasu na ich obserwację. I to się opłaciło, bo po dłuższej chwili z nory wyszły młode i to był niezapomniany widok.

    Następnie odwiedziliśmy fenka, a jak się okazało w domu (na zięciu) to dwa, bo jeden spał smacznie pod lampą. Wróciliśmy do pawi, kangurów i żurawi, gdzie przez dłuższą chwilę poczekaliśmy na to, aż któryś paw wstanie i rozłoży ogon, ale się nie doczekaliśmy. Więc poszliśmy pooglądać małpy szalejące po wybiegu i było to całkiem zabawne. Na końcu odwiedziliśmy mniejsze małpy, kaczki, gęsi i papugi, tak że kto co lubi.


 

Wynik testu:

    Pół dnia dobrej zabawy a można by tu spędzić i cały dzień. Według ulotki można tu zrobić sobie piknik, urządzić ognisko, a w zimie pozjeżdżać na sankach. To miejsce jest magiczne i cały czas się rozwija. Tu nie dość, że warto przyjechać to i warto za parę lat wrócić, by zobaczyć co nowego i ciekawego się pojawi.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Małe dynie Halloweenowe