07 lipca 2022

Gąski wyjazd odpoczynkowo odchudzający

Warunki wstępne:

Dostępny urlop, zamówione miejsca, kupione bilety na pociąg, odłożona na wyjazd kasa i dobry nastrój.

Stan oczekiwany:

Dwa tygodnie spacerów i diety – odcięcie się od wszystkiego i skupienie na sobie.

 

Stan faktyczny:

    Zaczęło się jak zawsze, czyli od podróży. Niestety nasza z 5 zaplanowanych godzin trwała ponad dziesięć. Okazało się, że naprawa trakcji zerwanej o 8:00 przez upadającą gałąź trwała aż do 17. Ale w końcu się udało i dotarłyśmy do Koszalina, gdzie samochód przysłany przez ośrodek zabrał nas do punktu docelowego. Zaraz po zameldowaniu trzeba było udać się nad morze i to było piękne. I od razu przywitały nas piękne fale, łabędzie i kaczki. Po prostu miodnie.

     Już na drugi dzień ruszyłyśmy z naszymi ćwiczeniami. Z ośrodka do plaży było może 2 minuty a w zależności od tego jaką drogę się wybrało schodziło się po schodach lub minąwszy latarnię delikatnym podjazdem, którego kiedyś używano do transportu łodzi rybackich. Choć pogoda nas nie rozpieszczała, to chodzenie po pięknej piaszczystej plaży był nie tylko przyjemnością, ale i koniecznością. Nie ma nic przyjemniejszego niż kilkukilometrowy spacer linią brzegową. Szum fal i wiatr najlepiej oczyszczają myśli. Co środę w ośrodku odbywało się ognisko i pomimo diety trzeba było choć tą jedną kromeczkę upiec nad ogniem.


    Jeśli pogoda nie dopisywała, czyli wiatr na brzegu urywał głowę i przewracał ludzi wybierałyśmy alternatywną drogę. Piękny, rowerowo spacerowy szlak lekko oddalony od wydm, był idealną alternatywą na takie dni. Jednak, kiedy pogoda pozwalała, spacer do Sarbinowa w celu uzupełnienia zapasów lub po prostu w te i we wte było czymś na co czekałam. 


    Największym wyzwaniem okazała się droga nad rzekę. Niby odległość nie była wyzwaniem, ale wyścig z pogodą już tak. Rozpoczęłyśmy spacer w pięknym słońcu, gdzie kurtki niosło się w ręce i


marzyło się o odrobinie cienia, a wracałyśmy pośpiesznie uciekając przed padającym deszczem. Jednak mimo wszystko wycieczka była super, a widoki godne uwiecznienia. No, przynajmniej sfilmowania.

    Rzeczą, którą wprost uwielbiam nad morzem, są zachody słońca. Udało nam się na parę załapać. Niestety przez zwariowaną pogodę nie udało nam się nimi cieszyć codziennie. Nie był to jednak czas stracony dlatego, że odpoczynek w zaciszu pokoju każdemu jest potrzebny. A jeśli taki odpoczynek nie był tym czego potrzebowałyśmy, to spotkania były tym na pewno.




    Nie tylko wieczorne spotkania w pokoju na drinka lub dwa, to co nad morzem jest tym co człowiekowi potrzeba, ale również spotkanie z cioteczką w Sarbinowie, która tradycyjnie była o tej porze roku w okolicy :) Pół dnia spotkania to zawsze za mało, ale i zawsze to coś. 

    I tak po prawie 2 tygodniach zastanawiania się czy wejść czy nie wejść na latarnię, przy której spędzałyśmy urlop, w końcu dałam się przekonać, żeby podjąć wyzwanie, bo jak to ciocia Ania stwierdziła, nie pójdę to będę żałować.  Więc zapłaciwszy 15 zł podjęłam się wyzwania. Nie patrzyłam na zegarek, kiedy wchodziłam na górę. Lęk przed spadnięciem uniemożliwił mi też patrzenie na zegarek, kiedy byłam już na górze. Ale jak spojrzałam na zegarek na dole to mnie zamurowało. Bo wycieczka, która w odczuciu trwała wieki w rzeczywistości zabrała mi 15 minut z życia, co zdziwiło mnie wielce.

    Ogólnie było naprawdę sympatycznie. Przeszłyśmy naprawdę wiele kilometrów, oglądaliśmy cudne widoki i zostawiłyśmy sporo kilogramów. Jak ktoś zapyta czy watro? To odpowiem, że jak najbardziej tak. 

 WYNIKI






1 komentarz:

Małe dynie Halloweenowe